Tytuł: Jak brednie podbiły świat. Krótka historia współczesnych urojeń
Autor: Francis Wheen
Tytuł oryginału: How mumbo-jumbo conquered the world
Przekład: Hanna Jankowska
Wydawnictwo: Warszawskie wydawnictwo literackie MUZA S.A.
ISBN: 83-7319-926-8
Są takie książki, które zmieniają sposób patrzenia na rzeczywistość ale…, są też takie książki, które dokooptowują nam lokatorów do naszego ekskluzywnego apartamentu w wielkim domu “dla psychicznie i nerwowo chorych“, przekonanych głęboko o tym, że są ostatnimi normalnymi ludźmi na świecie. Nagle po przeczytaniu takiej książki, czujemy się jak kryptogej po kamingoucie naszego kolegi, co do którego nie mieliśmy takich podejrzeń. Nagle stajemy się członkiem przynajmniej dwuosobowej społeczności.
Nie jest to dzieło wolne od wad… seria pustych ataków, nie do końca jasne uzasadnienia, czasami retoryka biorąca górę nad kwestiami merytorycznymi. Ale i tak jest to dzieło godne przeczytania.
Chyba nie ma w niej dużo z demaskatorstwa i opisów spektakularnych zdarzeń a jedynie chłodne i konsekwentne wskazywanie prostych faktów. Negujących fakty nieproste-medialne. Ja w trakcie lektury doszedłem do przekonania graniczącego z pewnością, że jednak tym światem rządzi banda niekompetentnych idiotów, karmiących masy (a mnie w tej masie) hasłami o profesjonalizmie, odpowiedzialności, rozsądku, itd. Jak to jest możliwe, że kongres usa wpompował w sektor finansowy parę bilionów dolarów!? W sektor, który udowodnił ponad wszelką wątpliwość, że jako odpowiedzialny za finanse nie potrafi nimi zarządzać a jednocześnie ten sam kongres usa wraz z prezydentem usa podejmuje decyzję o anihilacji przemysłu. Ale zaraz… może ja żyję w epoce industrialnej a czas transferował do postidustrializmu?
Tak czy inaczej, żyjemy w czasach ‘teoretycznego imbecylizmu stosowanego’! Bez względu na to czy prezydentem zostanie pan z przyszywanym magisterium czy narodowoliberalnokatolickoaborcjonistyczny murzyn świat zmieni się tylko wtedy, kiedy ludzie robią użytek z własnego rozsądku na własne konto. A jak uczy historia, ludzie czynią to niezmiernie rzadko, więc rokowania na spokój są raczej marne. Rozsądek nie jest w cenie i chyba nie będzie… nie sądzę jednak aby – jak zdają się sugerować redaktorzy opisów na rewersie książki – że powrót do pozytywizmu by cokolwiek rozwiązał.
Nie powiem tutaj nic odkrywczego ale władza jako taka nie daje zupełnie nic w rzeczywistości. Człowiek przekraczający “cienką, czerwoną linię” władzy nie jest ani mądrzejszy, ani rozsądniejszy, ani potężniejszy. Jednak w mentalności ludzkiej taki człowiek staje się potężnym, wszechwiedzącym i wszechmogącym władcą (dotyczy to zarówno władzy kierownika/lidera jak i premiera/prezydenta czy kaprala). A w starciu z tym spektaklem pozorów w salonie luster, ludzki rozsądek ma szanse niewielkie.
Wydaje mi się, że ludzie byliby najszczęśliwsi pod rządami kaprala z “Fletu z mandragory” Łysiaka. Jest tam taka scena, w której kolejni notable wojskowi przejmuja władzę. Najpierw generałowie, potem pułkownicy, majorowie, kapitanowie, porucznicy, itd. Każdy z nich aż do sierżanta wygłasza górnolotne przemówienie o tym jak to przejmuje władzę w imię szczęśliwości i dobra narodu i takie tam wyborcze pierdoły. Dopiero po przejęciu władzy przez kaprali – jeśli dobrze zapamiętałem tę scenę – w telewizorze pojawiła się ogożała twarz kaprala z wyciągnięta przed siebie piąchą jak bohen chaleba. Po krótkich rozterkach wewnętrznych kapral wygłosił ekspoze następującej treści: “uuuuuch! Kurwa wasza mać!“… no ale z drugiej strony, jako to powiedział Bobby Shaftoe, lądując ze spadochronem na dachy najeżonym antenami “trochę kurwa elastyczności“…