Tytuł: Kinderszenen
Autor: Jarosław Marek Rymkiewicz
Wydawnictwo: Wydawnictwo Sic
ISBN: 978-83-6045-760-3
Wspomnienia o latach dzieciństwa spędzonych podczas okupowanej przez Niemców Warszawie, przeplatają się z rozważaniami na temat pułapki jaką Niemcy przygotowali dla powstańców Warszawskich. W efekcie zdarzenia dokonała się masakra wielu niewinnym ludzi, których przypadek i ciekawość były jedynymi winami.
Autor zwraca uwagę na pewne niuanse związane z pamięcią narodową i mitem historii. Niuanse, które nie tylko dzieją się jako immanentne zdarzenia procesu dziejowego ale także niuanse, które świadomie są moderowane przez ludzi.
Np. “Niemcy”… autor zauważa, że podczas okupacji niemieckiej nie było żadnych “hitlerowców”, “nazistów” czy “najeźdźców” ale byli po prostu Niemcy. Ci pierwsi powstali post-factum w wyniku zamówienia politycznego. Drugim przykładem jest Powstanie Warszawskie. Autor mierzy się z powszechnie panującymi ocenami, że był to odruch szaleństwa zakończony nieuniknioną klęską. Ale czy tak jest naprawdę – pyta autor!? Przecież dzisiaj, mówimy po polsku, piszemy po polsku, żyjemy w Polsce. Polsce suwerennej. Czy nie jest to wystarczający dowód na to, że Powstanie Warszawskie było sukcesem!? I to nie tylko w wymiarze mitycznym – tak silnie podkreślanym przez pana Rymkiewicza – ale także w wymiarze rzeczywistym jako jeszcze jeden krok do celu.
Z niektórych wypowiedzi na temat tej książki można było odczytać zarzuty o rewizjonizm stosunków polsko-niemieckich, próbę mitologizacji rzeczywistości. Dla mnie jest to zupełnie nieistotne! Demokracja daje luksus swobodnej wypowiedzi każdemu na każdy temat. Cenne jest to, że książka została napisana przez uczestnika tych wydarzeń. Taka szansa – niestety – maleje z każdym dniem. Ta lektura nie jest kwestią intelektualnego poznania lub wyzwania. To po prostu jest opis przeżyć. Dla mnie – skazanego na filtr zakładany przez “jedynie słusznie myślących“, “prących w jedynie słusznym kierunku“, bez względu na epokę, czasy czy uwarunkowania społeczne – jest to rarytas i rzadki skarb. Brama czasoprzestrzeni pozwalająca przynajmniej przez flanelę literatury dotknąć prawdziwych czasów, prawdziwych ludzi i prawdziwych czynów.
Książka porusza kwestie, w dzisiejszym świecie niepopularne i chyba trudne. Jednak są to kwestie bardzo ważne dla moich dzieci, wnuków, prawnuków i pra, pra, pra wnuków. Porusza kwestie symboli o prawdziwym “wsadzie materiałowym”. Symboli, które wyrastają z prawdziwego człowieczeństwa a nie z zaplanowanej w głowach specjalistów od reklam kampanii produkującej zafoliowane, laminowane znaczki nazywane symblami.
Jest to książka ważna, bo jest głosem pokolenia, które w mojej ocenie zostało wyrzucone na śmietnik. Pokolenia z którym politycznie, ekonomicznie, społecznie, ZUSowo, służbowo-zdrowotnie nie bardzo wiadomo co zrobić, prócz nieśmiałych propozycji eutanazji lub głodowych emerytur. Głodowych gdyż gospodarki dobrobytu nie stać na takie marnotrawstwo jak wypłacenie należności ludziom, którzy prawo własności do nich nabyli dawno ale stracili siłę do rzucania butelkami pod sejmem lub przepychania się w alkoholowym widzie przez pół Polski tylko po to aby na ulicy Wiejskiej w Warszawie palić kukły, opony i wykrzykiwać obelgi.
—
W kilka dni po napisaniu tego tekstu, przeczytałem w “Rzeczpospolitej” artykuł zatytułowany “Dobrzy sąsiedzi Niemiec“. Po jego przeczytaniu, teza Pana Rymkiewicza o “krzyżackości” natury narodu Niemieckiego umocniła się w moim umyśle. Czasy w którym kat obwołuje się ofiarą, waląc jednocześnie ofiarę na odlew w twarz, że ma czelność oponować są skazane na porażkę… właściwie to przez tolerowanie takiego stanu rzeczy okazują się porażką.