Tytuł: Piąte dziecko
Autor: Doris Lessing
Przekład: Anna Gren
Wydawnictwo: Państwowy Instytut Wydawniczy
ISBN-13: 978-83-06-03122-5
Na rewersie książki przeczytałem następujące zdanie: “Tajemnicza, zaskakująca, subtelna. Świetna proza. Nie tylko dla feministek“. Szczerze mówiąc taki wypis odstraszył mnie na chwilę.
Nie znam się na feminizmie zupełnie. Nie wiem co to jest. Nie umiem go zdefiniować. Wiem natomiast, że to słowo jest bardzo często używane przez grupę kobiet i mężczyzn (sic!), których światopogląd nie jest dla mnie do końca spójny i logiczny.
Książka w moim odczuciu nie ma nawet najmniejszego zabarwienia feministycznego. Jest to opowieść o ludziach widzących swoje szczęście w domu pełnym dzieci. Szczęście, na które ich nie stać ekonomicznie. Ale - jak im się wydaje - dla chcącego nie ma nic trudnego.
Wbrew ocenom rodziny i bliższych znajomych realizują ten cel na przekór ówczesnym konwenansom społecznym oraz presji otoczenia. Ten fragment nie był dla mnie do końca jasne, chyba ze względu na brak znajomości realiów społecznych Anglii przełomu lat 70./80..
Szczęście odbierają sobie sami! Pogrążając się w nim coraz bardziej; wychowując gromadkę dzieci coraz bardziej szczęście utożsamiają z otaczającymi ich rzeczami materialnymi; rodziną, domem, ogrodem, uroczymi i tłumnymi świętami, stołem, pokojami pełnymi dzieci, dziecięcym śmiechem. To co posiadają, uważają za szczęście. za to czego poszukiwali, co w efekcie powoduje, że tracą z oczu swój prawdziwy cel. Po prostu - traktują szczęście jako zagwarantowany asortyment na ich półce życia i przestają się o nie starać.
Zupełnie nie przygotowani, osłabieni pewnością, zostają zaatakowani przez piąte dziecko - inne niż poprzednie dzieci. Inne i przez to burzące ich szczęście. Inne bo nie pasujące do opisu w gwarancji posiadania szczęścia. Zakładając rodzinę wielodzietną łamali wyobrażenia innych ludzi o szczęściu. Teraz jednak mając do czynienia z “niestandardowym” dzieckiem sami gubią się na swojej utartej ścieżce utożsamianej ze szczęściem. Zabrakło im miłości choć właśnie dla miłości zdecydowali się na taki a nie inny model rodziny.
Zabrakło im miłości małżeńskiej; coraz mniej ze sobą rozmawiają, coraz rzadziej znajdują wspólny język i wspólne cele. Zabrakło im miłości rodzicielskiej; pozbywają się własnego dziecka a następnie przygarniając je z powrotem. Pierwszy czyn buduje między małżonkami przepaść, drugi natomiast anihiluje świat ich dzieci. Zabrakło im miłości bliźniego; coraz mniej ludzi zjawia się u nich na święta i coraz bardziej żywią pretensję do świata, że jest jaki jest.
Brak miłości kończy się katastrofalnie - rodzina rozpada się, choć nadal pozostają małżeństwem. Dzieci szybko opuszczają dom. Najwrażliwsze dziecko zostaje skrzywdzone najbardziej i ucieka do świata, który rozumie psychiatria. Na końcu pozostaje tylko matka bez miłości i syn.., niestandardowy syn.
Właściwie wszystkie recenzje jakie czytałem na temat tej książki mówią o sztucznym szczęściu. O szczęściu, które istnieje tylko w “harlekinowych” powieściach. Moim zdaniem nie koniecznie jest to prawdą! Znam ludzi, którzy pomimo codziennych trudów wychowywania dzieci czerpią z tego ogromną radość i szczęście. Ale warto jest chyba pamiętać, że w miłości - jakiejkolwiek - nic nie jest zagwarantowane! Bardzo trudno jest utrzymać miłość. Natomiast bardzo łatwo ją stracić. Miłość rodzica, małżonka, bliźniego, braterską… każdą inną.