Tytuł: Lakota Woman
Autor: Mary Crow Dog, Richard Erdoes
Wydawnictwo: Harper Perennial
ISBN-13: 978-0-06-097389-6
ISBN-10: 0-06-097389-7
Indianie… długie włosy, wielki pióropusz, dumnie osadzony na swoim wiernym wierzchowcu. Taki wizerunek ma prawdopodobnie większość mieszkańców Polski!? Ale co z tym co przeżyli do naszych czasów? Nadal siedzą na koniach wpatrzeni w dal na horyzoncie? A może zawodząc uderzają rytmicznie w bębenek? Skalpów to pewnie nie ściągają ale chyba nadal mieszkają w tipi kontynuując coś w rodzaju góralszczyzny?
Może pominąłem kilka istotnych szczegółów ale na ogólnym poziomie to chyba wszystko się zgadza…!? Większość westernów prezentowała wizerunek Indianina w oparciu o stereotyp Apacza lub Sjuksa. Ale tak naprawdę to różnic nie było żadnych. No może oprócz braku pióropusza w przypadku Apacza.
Książka Mary Crow Dog opisuje Sjuksów współczesnych. Sjuksów zepchniętych na margines społeczny. Nie potrafiących sobie poradzić z rzeczywistością narzuconą przez państwo białych.
Produkcja takiego Indianina jest bardzo prosta… Czasami pozwala mu się rozmnażać… czasami bo przecież zawsze można wysterylizować kobietę bez jej zgody. Potem, kiedy latorośl trochę podrośnie, należy w imię lepszego wykształcenia, w wieku jakiś 7 lub 8 lat wysłać je i przetrzymywać w szkole do wieku głęboko nastoletniego. Byle dalej od rodziców, rodziny i tradycji.
Wizyt domowych dozwolonych tylko dwie lub trzy w roku co i tak jest postępem w stosunku do poprzednich pokoleń. Kary cielesne stosowane praktycznie za każde przewinienie. Zakaz używania własnego języka i praktykowania własnej wiary i kultury. A to wszytko po to aby wypuścić produkt najwyższej jakości - białego Indianina.
Po takim kulturkampfie wyjętym prosto z Bismarckiej części historii Polski, “ukształtowany” młody człowiek zostaje wypuszczony z wyuczonym zawodem i wielkimi szansami na przyszłość. W swojej nieskończonej niewdzięczności ten twór wcale nie zaczyna tak jak biały człowiek od białego płotka i domku, małżeństwa i dzieci, tylko od wódy. Brak bieżącej wody i prądu, domy w rodzaju znanych z Polskiego krajobrazu baraków z napisem “Brak świateł”, rasizm i niechęć białych ludzi zamieszkujących okolice rezerwatu oraz niebotycznie wysokie ceny w sklepach korzystających z pozycji monopolisty w danym regionie.
Brak perspektyw, rozbicie tożsamości, bieda i degrengolada społeczna oraz dysproporcje w statusie społecznym zabierają szanse na jakiekolwiek “normalne” życie. W takiej sytuacji albo można pić na miejscu albo szwendać się po szeroko rozumianej okolicy i pić.
A jak wiadomo, z takiego szwendania nic dobrego nigdy nie wychodzi. I tak też się stało w lutym 1973 roku kiedy to grupa Indian zajęła niewielki biały kościółek na wzgórzu nad Wounded Knee jako wynik dłużej trwającego konfliktu z szefem rezerwatu Pine Ridge Dickiem Wilsonem.
Wielki to był chichot historii… incydent nad Wounded Knee poprzedzony masakrą, która odbyła się w tym samym miejscu 83 lata wcześniej. Wtedy 500 osobowe oddziały amerykańskiej kawalerii wycięły w pień 300 staruszków, kobiet i dzieci korzystając z dobrodziejstw świeżo wynalezionego karabinu automatycznego Hotchkissa. W przypadku ‘incydentu’ z 1973 roku od 200 do 300 działaczy Ruchu Indian Amerykańskich (AIM) zostało otoczonych przez 50 funkcjonariuszy wymiaru sprawiedliwości plus liczne oddziały wojskowe.
Autorka dwukrotnie przywołuje wypadki z 1890 roku za każdym razem przedstawiając scenę, której przekaz otrzymała od bezpośredniego świadka; Indiańskie niemowle, przyssane do piersi matki, która zamarzła na grudniowym mrozie od ran.
W tym momencie książka przechodzi do opisu życia Mary Crow Dog - kobiety niepełnej krwi - z pełnej krwi Siuksem Leonardem Crow Dog. Jest to opis jak z sagi starych rodów europejskich. Nagle sami Oglala przestają być jednorodną społecznością. Okazuje się, że wśród nich funkcjonują powiernicy starych tradycji. Zachowujący z należytą starannością i dokładnością sposób życia dawnych pokoleń. Nagle Mary Crow Dog odkrywa świat stricte indiański zamknięty dla większości Indian. Strzeżony i kultywowany jak za dawnych lat. Istna maszyna czasu.
Jednym z elementów tego dawnego świata miał być - zdaniem autorki - pejotl. Pejotyzm jako forma religijna, jest zjawiskiem całkiem świeżym w kulturach ludów pierwotnych Ameryki Północnej. Autorka natomiast zdaje się nie zauważać tego faktu, pokładając w tych praktykach ogromne nadzieje odbudowy moralnej.
Następnie opis rzeczywistości staje jeszcze bardziej drastyczny i właściwie ostatnia część tej książki to obraz i lista wielu niesprawiedliwości czynionych na ludziach przez innych ludzi. Przede wszystkim jest to opis śmierci jaka dotknęła wielu przyjaciół pani Crow Dog. Za każdym razem narratorka podkreśla, iż okoliczności były dziwne a postępowanie policji - mówiąc lakonicznie - niezbyt skrupulatne.
Fakt aresztowania Leonarda Crow Dog autorka komentuje jako zemstę za jego udział w incydencie z 1973 roku. Jednak to nie jest istotne. Czytelnik mojego pokolenia przyzwyczajony jest do obrazów maltretowania i znęcania się nad więźniami pod warunkiem, że jest to więzienie radzieckim. Akcja tego fragmentu książki rozgrywała się natomiast w kraju głęboko “demokratycznym”. Pozwala on na to aby w systemie penitencjarnym przetrzymywać więźnia długimi tygodniami w celi bez okien, której wymiary nie pozwalają ani na rozprostowanie w pozycji stojącej ani w pozycji leżącej. Pozwala na maltretowanie psychiczne strasząc lobotomią oraz na inne poza prawne “środki resocjalizacyjne”.
Relacja autorki z walki o wyciągnięcie jej męża z kazamatów amerykańskich więzień jest wstrząsająca. Ale co więcej na końcu, autorka potrafi zmierzyć się z próbą oceny tego co pozostało po zakończonych zmaganiach.
Książka napisana prostym językiem. Bez ozdobników narracyjnych ale też i bez błędów. Mój egzemplarz opakowany był w tekturową okładkę. Tekst poprawnie złożony ze średniej wielkości czcionką drukowaną na szarawo-żółtym papierze. Całość przyozdobiona kilkoma czarno-białymi zdjęciami.
Rzeczywistość naprawdę potrafi być bolesna. Powieści ciąg dalszy… http://www.star-telegram.com/462/story/718378.html