Wiem, że porzuciłem Cię jak burą sukę… ot tak po prostu powiedziałem koniec, poszło mnie won. Ale z drugiej strony jakoś obawiam się, że wrócisz. Znowu przytulisz się do ust moich i potulnie wchłonę cię aż po same koniuszki płuc. Znowu będziemy razem ja i Ty w zawieruchę, deszcz, śnieg, mróz, upał czy wiosenne powiewy. W noc czy w dzień, rano i wieczorem, wiernie pełniąc wartę na balkonie.
Boję się, że znowu skłębisz się wokół mnie i nie pozwolisz odetchnąć a jednocześnie tak bardzo Cię teraz potrzebuję. Wieczorem, gdy jak to światełko żarzące się czerwienią obietnicy lub na mrozie gdy gęstą otaczany byłem mgłą tajemnicy. Tak mi było dobrze. A teraz Ty tam a ja tutaj… i tak już od kilku dni
Mam nadzieję, że nigdy nie wrócisz ale już tych nadziei było przynajmniej tyle ile Marlboro w paczce, ale zawsze jest szansa, że nogę złamiesz, że zgubisz się, że zapomnisz lub że ja zapomnę i nie poznam.
Oby Cię samo najgorsze spotkało! Zgiń i nie wracaj tak jak wracałaś do tej pory. Nie zbliżaj się do mnie i nie pudruj sobie ust węglem lub innym syfem. Nie zbliżaj się do mnie ostatnia, pożegnalna fajko odkąd pożegnałem Cię jak burą sukę.
Lepiej pożuję sobie gumkę.